31.08.2013 Dzień czwarty wycieczki
0946 czas lokalny Guayaquil
A zawsze mnie zastanawiało i można by powiedzieć że denerwowało jak tyle dni
musiałam czekać na pierwszego maila od Mariusza, dlaczego nie może znaleźć
pięciu minut żeby napisać tego głupiego maila... nie powiem, że już nie będę
się denerwować:P. Ale może chociaż trochę mniej;). Dla mnie ta podróż była
męcząca, zmiana czasu, zmiana klimatu (chociaż tutaj aktualnie jest dość
nietypowo zimno jak na Amerykę Południową:P), a do tego wszystkiego ja się
mogę wyspać, Mariusz już nie bardzo, dlatego odnajduję trochę zrozumienia za
brak czasu, chociaż nie wiem na jak długo mi to wystarczy. Pewnie do
następnego rejsu:P. Dwie godziny po przyjeździe na statek już "był w pracy"
i sprawdzał stan w jakim poprzednik zostawił wszystko (na szczęście zostawił
w dobrym). Dobre chociaż tyle, że ładunku nie było od razu (bo jak już
wspomniałam jest stosunkowo zimno i banany nie chcą rosnąć w takich
temperaturach, w końcu to ledwo 30 stopni było). No i dobrze, że po drodze
był też ten hotel, to sie chociaż miał szansę przespać trochę. Bo jak by tak
"z marszu" od razu, to naprawdę masakra jakaś.
No ale może coś więcej i od początku.
Cała podróż była jak zwykła podróż, nie czułam tego, od tak jak byśmy znowu
lecieli na wakacje. Może tylko tyle, że lotniska jakieś takie większe i
nigdzie nie było rezydenta, no i najważniejsze... nikt się nie pchał i nie
klaskał przy lądowaniu (swoją drogą to fascynujące, że największe szanse są
na wypadek właśnie wtedy jak ludzie zaczynają klaskać z ulgą, że są już
bezpieczni na ziemi:P, bo co prawda jak już samolot dotknie ziemi to ma się
już jakieś szanse na to żeby przeżyć ewentualny wypadek ale mimo wszystko
póki nie wyhamuje dostatecznie, to w dalszym ciągu może zrobić wielkie
bum... jeszcze bym zrozumiała jak by to klaskanie było w momencie kiedy
samolot już wolnym tempem zjeżdża z pasa startowego i turla się na miejsce
postoju... bo w sumie nie bez powodu cały czas świeci się światełko "zapnij
pasy, baranie!". No ale niewielu (i tu już nie ma znaczenie czy samolot
czarterowy czy rejsowy) rozumie ten zdawało by się prosty komunikat:P). No
ale do rzeczy.
Swoją drogą ładują kontenery i jak dźwig bierze kontener z nabrzeża to
statek się przechyla na boczek:P. Specyficznie uczucie jak trzeba walczyć o
równowagę siedząc po prostu przed komputerem. Znaczy żeby nie było,
wychylenie to może 10 stopni na burtę bliższą do nabrzeża ale i tak to
zawsze jakieś zaburzenie pionu;). A co dopiero jak się myje włosy pod
prysznicem z zamkniętymi oczami i nagle statek zabuja:P. Jeszcze jak
człowiek się tego spodziewa to jest to nawet prawie niezauważalne ale jak
tak z zaskoczenia, to można się przewrócić;P. Nie, nie spotkało mnie to:P.
Wracając do wątku, to nikt się nie pchał, nikt nie klaskał, dawali jeść
(chociaż nie wszędzie:P) to nie czułam się jakoś inaczej. Może trochę
inaczej zaczęłam się czuć w samolocie z Madrytu do Guayaquilu, w końcu
miałam na wczucie się w to prawie 12 godzin lotu ale mam wrażenie, że
irytacja lotem, brakiem snu dnia poprzedniego, zmęczeniem i ten jeden
irytujący dzieciak wrzeszczący jak syrena okrętowa przez co najmniej 10
godzin z 12 godzinnego lotu (szlag trafiał wszystkich włącznie z Mamuśką
tego dzieciaka która mimo tego wiele sobie z tego że jej Dziecko wrzeszczy
nie robiła), jakoś wygłuszyła wszelkie inne odczucia. No ale chociaż
jedzenie było dobre:P. Filmy całkiem nowe, nawet obejrzałam KonTiki. Całkiem
niezły film, chociaż było to raczej niemądre, bo zaczynałam przekładać tych
gości na tratwie do siebie na statku:P. Ale na szczęście rozum i logiczne
myślenie wzięły górę i nie zaczęłam świrować z przerażenia:P. Pomijając całą
resztę skali i w ogóle, to z najważniejszych to my mamy chociaż by napęd:P.
Oni płynęli z prądem i wiatrem. Bo zasadniczo pływanie z rekinami by mi się
bardzo nie podobało:P. Z delfinami to jeszcze ale rekinami? Podziękuję;). No
i Oni mieli wodę na wyciągnięcie ręki, a ja tą wodę dookoła Nas tylko mogę
pooglądać, bo o moczemu stóp można zapomnieć:P.
Po wylądowaniu, odbiór bagażu poszedł bardzo sprawnie (jakoś da się nie stać
3 centymetry przy taśmie bagażowej i zauważyć swój bagaż i dać radę go
odebrać:P - tak, kolejna aluzja do czarterów:P). Później trochę poczekaliśmy
na Agenta, bo samolot przyleciał 10-15 minut wcześniej niż powinien. Potem
hotel.
A ja dalej nie czułam się jak bym była grubo ponad 10 tyś kilometrów od
domu. I do tego pod równikiem, na innym kontynencie, na drugiej półkuli. I
nawet jakoś nie byłam w stanie przypomnieć sobie w która stronę u Nas kręci
się woda w toalecie, żeby móc zauważyć że tu kręci się w drugą stronę:P.
Po opuszczeniu hotelu, pojechaliśmy do portu ale zanim dotarliśmy na statek,
to musieliśmy odwiedzić miliony urzędników... Karty imigracyjne, załatwianie
"shore passów" (bo bez tego po wejściu do portu - czyli w sumie po
odprawieniu się przed wyjazdem z Ekwadoru, nie moglibyśmy wyjść już na
miasto), a potem jak już byliśmy na terenie portu, to jeszcze kontrola
bagażowa (antynarkotykowa). Masakra jakaś:P. Ale ostatnio im średnia ilość
ton znalezionych narkotyków wzrosła z 2 ton na 4:P, więc w sumie czemu się
dziwić:P.
Jak już dotarliśmy na statek, to "rozłożyliśmy się" w Oficerskim Salonie
(pokój rekreacyjny dla oficerów:P całkiem duże pomieszczenie, z trzema
kanapami i telewizorem). Bo zmiennik Mariusza jechał dopiero o 15, a że
byliśmy po hotelu, to nie było problemu, więc się na spokojnie zebrał jak
zdał Mariuszowi obowiązki. W innej sytuacji trafilibyśmy do szpitala, tam
jest łóżko, łazienka z jedyną wanną na statku, no ale tam już był ktoś inny.
Czy poczułam na statku zmianę? Nie. Wręcz przeciwnie. Te wszystkie dni, a
wręcz już nawet tygodnie spędzone na statku w Gdyni lub w Gdańsku zrobiły
swoje:P. A do tego przecież właśnie na Andaluci siedziałam prawie przez
miesiąc w Gdyni ubiegłego roku. Jak ją nawracali z drogi na złom. Więc potem
jak się na każdym kroku spotyka coś co się osobiście kupowało to już w ogóle
jak w domu, co z tego, że statek jest w Ekwadorze:P. I tak statek to teren
Wysp Bahama:P. Nawet ściany tak jak były umyte do pewnego miejsca tak dalej
są umyte do tego miejsca:P. Nawet to się nie zmieniło:P. Jedynie łazienkę
poprzednik pomalował na ładny niebieski kolor... Bo się nie dało doszorować
już tej blachy na ścianach (tak dla wyjaśnienia - to wszystkie ściany na
statku to blacha, z resztą cały statek to generalnie blacha, stąd też cieszę
się, że od przyjazdu jakoś specjalnie słońca bezpośredniego nie było, bo
wtedy jak się ta cała blacha nagrzeje, to jest jak w piekarniku). No i
zasłonka z prysznica w końcu jest, wymienione światło nad lustrem (bo lustro
dalej trzyma się na taśmie klejącej:P). Więc o ile gdzieś tam po drodze
mogłam poczuć, że jestem w jakimś dziwnym miejscu, to na statku poczułam się
jak w domu:P.
Dopiero jak wieczorem pojechaliśmy do miasta do Iguana Park, to poczułam, że
to chyba nie jest nic co bym znała. Czemu Iguana Park? Zacznijmy od tego
czym jest Iguana Park... Bo ja jadąc tam myślałam, że to jakiś park, tak jak
sobie każdy wyobraża jak wygląda park. No jak drzewka i takie tam jak u Nas
w Parku Śląskim. No drzewka były ale na tym podobieństwo się kończy. Zamiast
parkiem to ja bym to bardziej nazwała skwerem lub czymś takim. Brukowane
alejki, ogrodzone płotkiem trawniczki z równą trawką i... Iguany na
drzewach:P. Na drzewach, bo spały (chociaż kilka odważnych spało na trawce
albo pod pomnikiem Boliwara stojącego w centralnym miejscu Parku, z resztą
nie tylko tam, bo pomniki Boliwara stoją wszędzie:P - a kim jest Boliwar?
Jak ktoś to czyta, to znaczy że ma internet, jak ma internet, to znaczy że
ma dostęp do google i/lub wikipedii:P więc już każdy powienien wiedzieć, kim
był Boliwar i co zrobił dla Ameryki Południowej;P). W ciągu dnia biegają te
Iguany po tych uliczkach... dobra w przypadku Iguan słowo biegają to
nadużycie:P. Przechadzają się, bardziej pasuje:P. Do tego żółwie i jakieś
dziwne małe świnkowate coś co przeleciało przez trawnik i schowało się w
krzakach:P. Nie wiem co to było ale było śmieszne:P. Wtedy poczułam, że
chyba nie jestem w domu:P. Swoją drogą tu bardzo wcześnie robi się ciemno,
bo o 19 jak jechaliśmy do Iguana Parku było już prawie zupełnie ciemno. I
mijane dzieci w mundurkach szkolnych idące do szkoły też nie były dziwnym
widokiem, bo tu wieczorami chodzą do szkoały.
Później przeszliśmy na Malecon 2000 czyli takie nabrzeże rzeki Rio Guayas
ciągnące się kilka kilometrów, z deptakiem na górze i marketem, sklepami i
parkingami na dole, wszystko zbudowane z okazji 2000 roku. Później
przeszliśmy 438 schodów pod górę (były numerowane, nie liczyłam ich:P) na
Wzgórze Santa Anna. Gdzie jest latarnia (już nie działająca) i w zasadzie
muzeum park piratów.
Mieliśmy potem jeszcze iść na Churriso ale już nam się nie chciało. I w
sumie dobrze, bo Mariusz się jeszcze przespał przed wachtą, a na wachcie
biegał od północy do 6 rano po ładowniach.
I tak skończył się 29 sierpnia.
30 sierpnia do 1140 Mariusz spał (żeby nie było to nawet nie 6h;)), wstał
poszliśmy na obiad, od 12 wachta. Po wachcie po 18, kolacja i czekaliśmy na
Kapitana i razem z Nim i Jego Żoną pojechaliśmy do miasta, bo w Klubie El
Colonial miała być muzyka na żywo... Ale nie było. Były tylko stare
teledyski i gość który dorabiał do tego gadkę:p. Nie no muzyka była fajna,
bardzo lokalna i w ogóle. Tylko teledyski to taki przegląd ostatnich 20 lat
muzyki hiszpańskiej na jakiejś vivie czy mtv:P. Muzyka fajna tylko za
głośna. A od pewnego momentu była coraz głośniejsza i coraz mniej znośna,
więc sie pozbieraliśmy i wróciliśmy na statek. Była gdzieś 23. To Mariusz
się jeszcze przespał pół godzinki i znowu wachta i bieganie po ładowniach od
północy do 6 rano.
Teraz jest 1127 i zaraz idziemy na obiad, Mariusz już nie śpi, bo obudzili
go i musiał iść załatwiać sprawę z paszportami bo był jakiś problem. Z moim
i Chiefa co dojechał do Nas do hotelu, bo On też tu jest pierwszy raz. Ale
wagon fajek i sprawa załatwiona.
I najważniejsza rzecz:D. Widziałam jak rośnie Mango:D:D:D. Mango rośnie
na... drzewach:D. Tu jest przy wejściu do portu takie wielkie drzewo
Mango:P. Ale teraz owoce są zupełnie zielone. Podobno dojrzewają na święta.
Może jak będę wracać, to będą już miały jakieś kolorki:).
Dzisiaj wychodzimy i płyniemy dalej. Około 13 ma być pilot jak oddadzą
ostatnie kontenery, zabrali, bo znaleźli kokainę. Oddadzą, przyjedzie pilot
i płyniemy. W dół rzeką do Oceanu Spokojnego, potem Kanał Panamski i do
Kolumbii po ładunek. Później (tu na razie bez zmian) do St. Petersburga.
Buziaki,
A.
Received: from MPD at Globe Wireless;
Sun, 01 Sep 2013 19:32 UTC
Message-id: 897945414
Poszlam sprawdzic u mnie woda sie nie kreci. :( ale wiocha.
OdpowiedzUsuń