poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bruksela i Panowie z karteczkami.

Ostatecznie doleciałem gdzie miałem. Daleko w sumie nie było, skomplikowane takie latanie też wielce nie jest. Jak to wygląda w praktyce? W końcu dolecieć na lotnisko to tylko część, a dotrzeć do portu, na statek w ogóle to już nieco trudniejsze, a przecież wsiadamy w różnych krajach i trudno żeby wszędzie firma miała swoich agentów czy kierowców. Jak to działa od środka?
W każdym porcie, do którego zawija statek potrzebna jest tzw. agencja. Lokalna firma, która po pierwsze ma autoryzację do "odprawiania" statku, obeznana lokalnie, potrafiąca zorganizować odprawę, dokumenty, zamówienia i zaopatrzenie, a także właśnie podmianę załóg. Z jednej strony trzeba odprawić od strony formalnej danego marynarza, czyli przygotować dokumenty, czasem zorganizować transport na policje, posterunek celny czy inne cudo, w zależności od egzotyczności kraju, a z drugiej trywialną już sprawę czyli zorganizować transport i kierowce, czyli kogoś kto będzie czekał w hali przylotów z karteczką z nazwiskiem czy nazwą firmy lub statku. Dla nas całe skomplikowanie to odebrać maila z lotami, stawić się na lotnisku i pokazać paszport, czasem książeczkę żeglarską. Potem tylko wsiąść do samolotu, przesiadać się tyle razy ile mamy napisane i ostatecznie pojawić się po odbiorze bagażu w hali przylotów. Tam znaleźć swojego pana z karteczką i w zasadzie to wszystko. Pan wie gdzie ma nas zawieźć, czy do hotelu, czy na statek, ewentualnie czy po drodze odwiedzić jakieś służby, które nam opieczętują paszport i odprawią wirtualnie pomiędzy granicą kraju, a statkiem.

Czasem trochę trzeba się tego Pana naszukać, czasem się kwitnie na terminalu, bo inny członek załogi ląduje kilka godzin później, ale do tej pory nie zdarzyły mi się jakiekolwiek większe problemy w podróży. Raz nie doleciał bagaż, ale o tym wiedziałem wsiadając do opóźnionego samolotu:) Sam ledwo zdążyłem wtedy wsiąść.

Od 2h siedzę w hali przylotów, wpierw wielokrotnie zaczepiając każdego z karteczką czy to przypadkiem nie mój kierowca, ale ostatecznie czekam na kapitana, który przyleci nieco później. Wiele to nie zmienia, bo statek jeszcze nie wszedł do portu. Antwerpia leży dość mocno w głąb kraju, na wijącej się jak serpentyna rzece Westershelde bodajże. Po drodze statek musi przejść przez śluzę, podobną do tej w Panamie z resztą, ale z tą różnicą, że tutaj nie ma żadnych lokomotyw i ilekroć zdarzyło mi się przez jedną ze śluz w Antwerpii przechodzić tyle razy obijaliśmy burty o betonowe mury. Taka śluza ma jednak jeden ogromny plus przy całym swoim zajmującym procesie samego śluzowania, tzn. niweluje uciążliwość pływów, czyli zmiany wysokości wody w zależności od pory dnia i ciągłego luzowania lub podbierania lin żeby statek mimo wszystko stał przy samej kei. Czasem takie pływy potrafią w ciągu doby lub 12h dojsć do nawet 10 metrów różnicy wysokości.

Za chwilę ląduje samolot z resztą załogi, więc idę znowu zaczepiać Panów z karteczkami... może któryś w końcu okaże się czekać na mnie:)

Pozdrawiam z Brukseli. u Was chyba pada, a u mnie... chyba nie:P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz