05.05.2014, Kotwicowisko portu Bata, Gwinea Równikowa
![]() |
| Rozkładanie rampy rufowej. |
Pewnie większość z Was już po Majówce. Jak można się domyślać na statku takich cudów nie ma. Przynajmniej życie wydaje się prostsze - praca, wolne, praca, wolne, praca, wolne.. Nikt się nie zastanawia czy trafi się długi weekend. Patrzy się za to na coś innego - przynajmniej ja patrzę pracując w systemie wachtowym.
Tak jak nie znajdzie się szans na dzień wolny, tak zawsze można liczyć na dzień luźniejszy czy lepiej trafiony godzinowo. Statki wchodzą i wychodzą z portu o każdej godzinie i nie ma najmniejszego znaczenia czy jest godzina trzynasta w środku tygodnia czy trzecia nad ranem w niedzielę, święto państwowe. Jedyne na co możemy liczyć to poza oczywistym - nieuciążliwym portem w samym sobie również dobre godziny manewrów. W zależności od portu i jego lokalizacji podejście od stacji pilotowej do nabrzeża może trwać od powiedzmy godziny do nawet kilkudziesięciu godzin. Przykład skrajny? Rzeka Parana w Argentynie i dajmy na to Puerto Rosario czy jeszcze dalej. Wpierw podchodzimy pod Montevideo (Urugwaj) żeby wziąć pilota, który wprowadza nas na kotwicowisko pod samym Buenos Aires. Następnie z kolejnym pilotem przechodzi się do ujścia rzeki Parana gdzie znów zmienia się pilot, a dalej to w zależności, który port jest docelowym można płynąć w górę rzeki nawet kilka dni. Dodajmy, że żegluga mulistą rzeką to proces powolny i niebezpieczny ze względu na zmienne dno i głębokości, a sama Parana jest bodaj drugą najdłuższą rzeką w Am.Południowej i to na naprawdę długim odcinku żeglowną dla pełnomorskich statków.
Wracając do tematu. Wachty portowe odbywają się najczęściej w systemie 6h pracy/6h wolnego. Proste, po kilku dniach bardzo męczące i co gorsza niedające praktycznie nigdy możliwości regeneracji. Im dalej tym człowiek bardziej zmęczony. Zawsze liczy się na to, żeby pilot, manewry wyszły na naszej wachcie w taki sposób, żeby po wejściu do portu mieć jeszcze dobrą godzinę lub dwie do swojej wachty, żeby do tego czasu zakończyły się wszelkie odprawy, statek zaczął przeładunek, a my żebyśmy mieli czas wziąć prysznic czy zjeść coś przed wachtą. Wtedy wchodząc na pierwszą wachtę wszystko już działa, pracuje, wszelkie ładownie czy tak jak tutaj rampa rufowa jest już wyłożona i autka jadą w jedną lub w drugą stronę. Lub jeśli to Afryka to jadą rzadko i niezmiernie powoli:) Z kolei po wyjściu w morze najlepiej gdy zdanie pilota czy w przypadku portów mniej ciekawych - po zakończeniu przeszukania całego statku w poszukiwaniu pasażerów na gapę na zegarku pojawia się koniec wachty, ale tym razem już morskiej czyli dla mnie czwarta rano lub szesnasta. Wtedy można po prostu iść odpoczywać i jeśli tylko kolejny port nie jest w granicach kilku godzin drogi to do najbliższej wachty mamy już całe 8 godzin.
Stoimy na kotwicy przed Batą. Nie byłem wcześniej w żadnym z tych portów, wcześniej jedynie w Maroku, Senegalu i Mauretanii. Teraz mogę doliczyć cztery kolejne. Dwa już zaliczone czyli beznadziejne Conakry w Gwinei, bardzo przyjemne jeśli chodzi o sposób przeładunku Lome w Togo i dwa pozostałe - Bata w Gwinei Równikowej i znajdującą się niewiele dalej Doualę w Kamerunie.
![]() |
| Rampa rufowa już po otwarciu w porcie Bata |
Jako, że nadal są to porty Afryki to sprawdza się doskonale nieco pokrętne powiedzenie, że niczego nie można być tak pewnym jak to, że w Afryce nic nie jest pewne". Port na radiu nie odpowiada.. normalne. Rzuciliśmy sobie kotwicę gdzie chcieliśmy, bo przecież nikt nam nie zabroni skoro zamknięte na cztery spusty. Rano mamy się łaskawie odezwać i może ktoś przyjdzie do pracy. Z wejściem do portu na razie może być ciężko, bo wszystkie nabrzeża zajęte, a w nocy nie pracują...
Ciekawostka na koniec jest taka, że portu jako takiego w większej jego części nie ma na mapach. Nie to, że my tych map nie mamy - one nie istnieją. Na mapie papierowej ktoś dorysował ołówkiem jak to wygląda, a na elektronicznej widać statki zacumowane na otwartej wodzie. Nie wiem kiedy zaktualizują mapy, ale na razie jest typowo po afrykańsku:) Choć patrząc po ładunku wydaje się nadal, że to jednak dość cywilizowany kraj. Wieziemy głównie sprzęt budowlany do kopalń boksytów czy innego syfu. Wszystko
nowiutkie. Kilkanaście wywrotek, poteżne ładowarki Volvo, jakieś landrovery, toyoty i tradycyjnie używane samochody w ilości ok. 300 sztuk.
Będzie internet - pojawią się zdjęcia;) Na razie internet jak działa to tylko przez chwilę... Do Europy obiecuję go zdobyć.
Pozdrawiam,
M.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz