Dzisiejszy temat to problem
współczesnego świata – piractwo morskie. Z definicji jest to napaść na statek w
celu grabieży, porwania czy przejęcia jednostki, w każdym razie
niezapowiedzianego nalotu na statkowe barbecue na pewnoJ Czy aby na pewno jest to problem świata? Może
tylko tego mojego, morskiego? Niestety. Prawie 90% towarów krążących po świecie
odbywa wycieczkę na pokładzie jakiegoś statku. Czasem wielokrotnie. Piractwo
nie jest dziś tylko reliktem przeszłości i romantycznych historii rodem z
Piratów z Karaibów o czym świadczy proces przed sądem somalijskiego
odpowiednika Jacka Sparrowa, (nie, nie
był taki przystojny jak Johnny Depp) który odbył się nie w XIX wieku, a
zaledwie kilka lat temu, bo bodajże w 2011 roku w Holandii. Był to najnowszy i
do tej pory ostatni proces za piractwo. W zasadzie odbył się tylko dlatego, że
przypadkiem udało się przejąć pirata i głupio było po prostu wyrzucić go za
burtę, więc przywieźli go i osądzili jak zwykli to robić w cywilizowanym świecie.
Pewnie później go gdzieś wyrzucili jak już nikt nie patrzył;) Chyba mi nie
powiecie, że ktoś naprawdę mógłby zacząć się zastanawiać „A cóż to się stało z
tym biednym piratem? Może pojadę i sprawdzę”… Jaaasne :) Kiedyś za piractwo
groziła kara śmierci. Swoją drogą ciekawe co polski Kodeks Karny ma do
powiedzenia na ten temat..
Piractwo dotyka przede wszystkim
rejonu Zatoki Adeńskiej. Jest to obszar wschodniego wybrzeża Afryki od ujścia z
Morza Czerwonego. Jest tam również osławiona za sprawą piractwa właśnie Somalia
(wcześniej znana z głośnego filmu Helikopter w Ogniu o nieco nieudanej misji
Amerykanów, którzy chcieli pomóc w zaprowadzeniu porządku nowym władzom,
przypadkiem stracili ładny helikopter i potem musieli po niego wracać). Dlaczego
to rejon istotny? Pech chciał, że niemal cały transport morski z Azji
przechodzi przez Suez i Morze Śródziemne (z wyjątkiem tych statków, które są za
grube, żeby wcisnąć się w Kanał:), a po drodze niestety przechodzi przez Zatokę
Adeńską. Piraci atakują statki z pokładów małych łódek, które operują z
większych - statków matek. Przez to są w
stanie operować nawet do 1000Mm od brzegu co powoduje, że obszar ataków jest
ogromny. W zasadzie jest on wielokrotnie
większy od terytorium Polski, a chroni go kilkanaście okrętów. Łatwo sobie
wyobrazić jak trudno objąć taki obszar monitoringiem. Inną kwestią jest potem
dotrzeć odpowiednio szybko w miejsce ataku. Oczywiście służby międzynarodowe wyznaczyły
specjalne korytarze i konwoje w celu ochrony statków, a armatorzy dodatkowo
wysyłają na statki uzbrojonych najemników, których zadaniem jest strzelać do
tego co się rusza (dodajmy, że rusza za burtą, nie na pokładzie). Same statki
owija się na wysokości pokładu drutem kolczastym, wszelkie wejścia zabezpiecza,
a sam statek zaciemnia, mocuje węże pożarowe, które ciśnieniem wody utrudniają
wejście na pokład, a ostatecznie zwiększa się ilość obserwatorów na mostku i
zwiększa prędkość, bo na szybszy statek trudniej się dostać. Problem jednak
powoli zdaje się zanikać, a ilość porwań sukcesywnie maleje.
Niestety nie jest to jedyny
obszar zagrożony piractwem. Ostatnio na popularności zyskał obszar Zatoki
Gwinejskiej, a w szczególności okolice morskich pól naftowych Nigerii. Głównie
dochodzi do porwań tankowców i przechwytywania ładunku. Trochę inny model niż w
Somalii. Oprócz tego piraci są aktywni w Ameryce Środkowej i Południowej, ale
także w Azji, na Morzu Południowochińskim i w wielu tamtejszych cieśninach.
Poza realnym zagrożeniem dla załóg stwarza to również problem dla armatorów i transportujących ładunki. Piractwo zwiększa koszty transportu morskiego, a to wpływa bezpośrednio na ceny produktów wszędzie. Statki zagrożone piractwem ponoszą większe opłaty ubezpieczeniowe, zatrudnianie najemników czy inne środki ochrony, które generują dodatkowe koszty działalności, a porwanie statku oznacza po pierwsze utratę lub opóźnienie dotarcia ładunku, a w ostateczności potężne okupy i odszkodowania.
| Wpadli na imprezę:) |
Oczywiście nikt nam nie każe
tutaj pływać. Każdy na mocy swojego kontraktu ma prawo odmówić wpływania w taki
rejon, a armator ma obowiązek taką osobę ściągnąć do domu na jego koszt. Nie
zarabiamy na tym wcale więcej, że pływamy w takie rejony, a nawet jeśli na
jakiejś liście obszar, przez który przepływamy widnieje jako obszar HRA i
należy się nam dodatek do pensji w postaci podwójnej podstawy wynagrodzenia to
są to pieniądze żadne. Dla przykładu dla takiego kadeta jeden dzień przebywania
w obszarze, w którym mogą go porwać i ostrzelać dostaje całe 6,62 dolara:) Nie
są to pieniądze warte zachodu, a jednak tutaj siedzi, a to oznacza, że ryzyko
jest niewspółmiernie małe dlatego też nikt poważnie się nad tym nie zastanawia.
Same porty i państwa do których pływamy są relatywnie bezpieczne i nic nam nie
grozi, choć czasem można poczuć się nieswojo.. W zasadzie opiera się to na
liście państw i miejsc, które są niebezpieczne i tak czasem czytając tą listę
mam wrażenie, że jest niesamowicie subiektywna i niespecjalnie oddaje realnego
ryzyka. Dla ciekawych powiem tylko, że nie znajduje się na niej Sosnowiec;)
W Douali, w Kamerunie podczas
przebywania na pokładach samochodowych między tym tłumem załadowców miałem ze
sobą cały czas kolegę „policjanta” z AK-47, który miał pilnować porządku i tak
się zastanawiałem czy facet z kałachem pośród masy ludzi relatywnie podnosi poziom bezpieczeństwa czy właściwie
stwarza zagrożenie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz