środa, 14 maja 2014

Trudny temat.

Następny temat będzie trudny. Jego trudność polega chyba w głównej mierze na niezrozumieniu. Daleki jestem od wskazywania faktycznych zmian czy tego co właściwie ma tam miejsce, ale mogę spróbować pokazać cały konflikt od nieco innej strony. Temat? Ukraina.
Skąd właściwie taki temat? Nie, nie próbuję nawet przenosić na słowa opinii politycznych czy światopoglądowych, ale jeszcze będąc w domu temat wydawał mi się jakiś bliższy za sprawą znajomych na Ukrainie. Jak można się domyślać wszyscy to marynarze. Będąc w domu nie bardzo rozumiałem tamtejszych zmian i nie sposób było znaleźć jakiś informacji o istocie problemu, bo przy wszystkim jest to niesamowicie skomplikowane i im więcej słucham opinii i tego jak widzą to Ukraińcy i Rosjanie tutaj na statku tym bardziej wydaje mi się, że przyczyną całego konfliktu jest – co zabrzmi może nieco dziwnie – sztuczność tworu jakim jest Ukraina ale też i Białoruś i wiele byłych republik radzieckich. W postaci kraju, będącego w dzisiejszych granicach żaden z nich przecież nie istniał, a powstał na skutek podziału po rozpadzie Związku Radzieckiego. Przy tym wszystkim konflikt wydaje mi się z dzisiejszej perspektywy, że był nieunikniony. Tyle tytułem wstępu.

Można by się było spodziewać, że tak jak przedstawiają to media w Polsce sprawa jest prosta, czarno-biała. Rosjanie to ci źli, Ukraińcy są dobrzy i im pomagamy. Co do podstaw dzisiejszego świata, w którym pewien porządek i spokój utrzymuje gremium międzynarodowe jesteśmy zgodni i sama istota najechania innego kraju jest zła, tak nic nie jest czarno-białe, bo to nie jest konflikt pomiędzy Ukraińcami, a Rosjanami, bo jak można to opisywać w tych kategoriach, skoro Ukraińcy to w ogromnej większości Rosjanie? Wystarczy spytać Ukraińca ze wschodniej Ukrainy czy jest Rosjaninem czy Ukraińcem. Przykłady wśród znajomych? Często rodzice mają paszporty rosyjskie, a oni – ukraińskie. (Prawda, że to dziwne?) Języka ukraińskiego nie znają, a mieszkają tutaj tylko dlatego, że po rozpadzie Związku Radzieckiego mieli wybierać – szkoła morska na Ukrainie i takie też obywatelstwo, albo wyjazd – w zasadzie ze swojego „kraju”, miasta, domu. Większość została, bo też do niedawna Ukraina, zwłaszcza ta wschodnia była tak głęboko skorelowana z Rosją, że nie miało to znaczenia. Choćby  Krym czy Sewastopol, który dla mnie bardziej epatował swoją rosyjskością niż choćby St. Petersburg. Ale on przecież nigdy ukraiński nie był w innym niż papierowym wymiarze. Wraz z przybliżaniem zachodniej Ukrainy (która terytorialnie rządzi krajem) w kierunku Europy te naturalne połączenie z Rosją zaczęło zanikać. Ktoś poczuł obawę o utratę „swojego” terytorium. Podobnie jak interesy tych, którzy poczuli się wtedy zagrożeni i w efekcie dotarliśmy do dzisiejszego konfliktu. Tak jak śledząc temat w naszych mediach można rozumieć geograficzny i mentalny podział kraju na wschód i zachód tak trzeba teraz wspomnieć o regionie Odessy. Właśnie stamtąd pochodzi większość marynarzy (ponad 30 tysięcy osób), a same miasto zawsze było apolityczne, głównie targowe i stabilne za sprawą właśnie portu i tej rzeszy marynarzy z ich dewizami. Oni nakręcali popyt, ludzie sprzedawali co mieli wszyscy byli szczęśliwi. Na początku rejsu w zasadzie na cały konflikt oni patrzyli trochę jak i my – jakaś gra polityczna, nieco oddalona od nas, w której niestety giną ludzie i w zasadzie tylko dlatego robi to na nas wrażenie i chciałoby się zaprzestania takiego konfliktu. Nie dotykało ich to bezpośrednio tak jak i nas. Temat był, ale na zasadzie potrzeby informacji czy tam gdzie mieszkają jest spokojnie. Wszystko było dobrze dopóki w samej Odessie ku ogromnemu zdziwieniu wszystkich również tam doszło do zamieszek i śmierci kilkudziesięciu przypadkowych osób. Główna ulica została zdewastowana, rozkradziona i zniszczona. Dotknęło to też bezpośrednio ich rodzin, czasem w bardzo dosłownym wymiarze tego słowa, który jestem zmuszony pominąć i wiadomości zaczęły przychodzić znacznie bardziej niepokojące. Przy tym wszystkim nadal staram się zrozumieć istotę problemu.
Najbardziej uderza to, że w zasadzie jeszcze rok temu Ukraina była niewiele inna od naszych polskich miast. Gdyby ktoś dzisiaj powiedział, że za rok w Polsce będzie wielki chaos, po ulicach będą biegać terroryści z karabinami, władza będzie tylko ostrzegać zamiast ich zamknąć albo wystrzelać, rządu w zasadzie nie będzie, a inne kraje będą sobie robić co im się podoba nikt by nie uwierzył, tak samo jak nie wierzyli oni. Oczywiście – u nas nie ma podstaw do takich konfliktów jak tam, ale sama świadomość, że ze spokojnego, europejskiego jednak kraju nagle przeistacza się w kraj ogarnięty wojną i to do tego na dobrą sprawę nie wiadomo kogo z kim…  W jednej z rozmów padło zdanie, że żeby wiedzieć kto w tym konflikcie wygrywa wpierw trzeba ustalić kto w zasadzie walczy. Mam też wrażenie, że tych stron jest więcej i dopóki czyjeś miasto czy rejon jest spokojny to nieco im to zwisa, ale jak tylko doszło do fizycznego konfliktu ich opinie i poglądy mocno się zradykalizowały. Nie ma mowy o jakimś nacjonalizmie, oskarżeniach Rosji, Europy, USA czy Polski. Bardziej dzieli się to na obozy wewnątrzkrajowe, takie polityczne. Za i przeciw prorosyjskiemu rządowi, za i przeciw Janukowiczowi…  i wciąż ten sam co od kilku lat temat – za zbliżeniem z Europą i UE czy przeciw i zbliżanie w stronę Rosji. Głównie konflikt pojawia się w temacie – kto go wywołał i właściwie po co… Faszyści, CIA, SBU czy w ogóle MOSAD… Zgody nie ma i nie będzie. Zgoda panuje jedynie w tym, że nie służy to dobrze krajowi. Tak jak rok temu na pytanie czy widzą szansę na poprawę sytuacji wielu było sceptycznych tak dzisiaj aż głupio zadawać takie pytanie… Ceny urosły o 40%, pensje spadły lub nie ma ich wcale, kraj tak jak ledwo się trzymał tak dzisiaj wszyscy są zgodni, że upada i czasem słychać, że trzeba przekazać władzę wojsku i wprowadzenia stanu wojennego… Swoją drogą pojawiła się pewna kwestia, która brzmi znajomo – jeśli nie wprowadzą stanu wojennego i nie zaprowadzą porządku to czy nie wkroczą rosyjskie wojska. Kraj się destabilizuje, zachód tylko grozi palcem i obserwuje, a Rosjanie zbliżają się do granic… Nie wiem czy do końca słusznie i zdaję sobie sprawę z innego kontekstu, ale nasuwa mi się historia naszego kraju…
Należy też dodać, że tak jak nasze media są opiniotwórcze-propagandowe w zależności, z której strony sceny politycznej się plasują tak tam można naprawdę dostać rozdwojenia jaźni. Znającym język rosyjski proponuję eksperyment – główny news dnia wg. rosyjskich agencji informacyjnych i ten sam news wg. prozachodnich, ukraińskich agencji. Diametralnie różna informacja… Skąd właściwie wiemy co jest prawdą?

Koleżki. Jeden nie urósł:)
Przy tym wszystkim cała sytuacja ma dla marynarzy wymiar bardzo przyziemny. Z jednej strony naturalny strach o bliskich i świadomość bezsilności, z drugiej coraz większa obawa przed powrotem do kraju. Z resztą do niektórych rodziny piszą, żeby lepiej przedłużyli kontrakt, bo chociaż spokojnie i pensja jest, a tam nic się nie dzieje i nie ma sensu wracać. Wiele rodzin uciekło do innych części kraju, część z marynarzy dostało powołanie do wojska i od razu po powrocie do kraju zostaną powołani.

Mam nadzieję, że Polska znajduje się dzisiaj w takim miejscu, w którym nie musiałbym mieć podobnych obaw jak moi koledzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz