czwartek, 12 września 2013

DZIEN 15

Na środku Oceanu powinno być rześko i przyjemnie, prawda? Gówno prawda:P. W
dalszym ciągu jest nieprzyjemnie i parno, więc i tak całość przestrzeni i
ogrom Oceanu ogląda się zza szyby, bo klimatyzacja słaba, bo słaba ale
działa i mimo wszystko jest przyjemniej niż na zewnątrz. Rześko może i jest
ileś set mil stąd w stronę Afryki skąd zmierza w naszą stronę huragan, a
raczej jeszcze cyklon tropikalny Humberto, może tam. Ale spokojnie zanim
dotrze do trasy naszego statku to po pierwsze Nas tam już dawno nie będzie,
a po drugie wcześniej przewidywane jest, że zgaśnie. Ale podobno za kilka
dni ma się zrobić chłodniej, a za te kilkadziesiąt dni w Rosji to już w
ogóle. Co prawda mam wrażenie, że ciągle marudzę:P. Może i tak, bo poza
najważniejszym powodem dla którego tu jestem ^^, to reszta mogła by być
bardziej. sprzyjająca:P. Może gdyby nie efekt "choroby morskiej" to pewnie i
to ciepło by mi, aż tak nie przeszkadzało. W końcu w Grecji było ciepło, a
jakoś, aż tak nie marudziłam:P. Może jak by poza oglądaniem wody można było
trochę się w jakiejś chłodnej(!) wodzie pomoczyć. Ale dla przyjemności, a
nie z konieczności, żeby nikt opatrznie nie zinterpretował mojego życzenia.
Bo nawet pod prysznicem sauna, wspominałam, że zimna wodą można się oparzyć,
prawda? No ale nieistotne;).

Podobno jak na Ocean to pogoda jest cudowna, więc i tak mam szczęście ale to
chyba nie chcę wiedzieć jak by to było jak bym tego szczęścia do pogody nie
miała. Co prawda na Północnym podobno jak zawsze i tak będzie bujało ale to
na szczęście kwestia dwóch trzech dni, jakoś dam radę. I zdecydowanie
podzielam zdanie Mariusza, że pływanie przez Ocean jachtem od tak dla
przyjemności jest. bezsensowne. Płynąć dniami i nocami i nie mieć w zasięgu
nic. Dodatkowo mało który jacht widać na radarach, bo już pomijam fakt, że
statki często w Oceanie wyłączają co najmniej jeden radar żeby się to cos w
środku nie zużywało (podobno to samo jest w mikrofalówkach), a w nocy na
zewnątrz się nie patrzy, bo i tak nic nie widać. Taki statek jak rozjedzie
jacht, to nawet tego nie zauważy. Od fala inaczej weszła ale obawiam się, że
falę łatwiej wyczuć niż "sprzątnięcie takiego jachtu". A, że niby było by
słychać? Nic nie słychać. Na mostku nie dość, że wszystko się rusza i wydaje
dźwięki od wibracji, to jeszcze wiatr wytwarzający się od pędzącego
przynajmniej jak na jego możliwości) statku i huczy wiatr miedzy mostkiem, a
kominem. Wręcz trochę jak by się leciało samolotem, taki huk (przeciągi na
Tysiącleciu to nic w porównaniu z tym:P). Ponadto od tego ciągłego hałasu
człowiek jest taki trochę głuchawy, więc - nie, nie było by nic widać, ani
nic słychać. Już pomijam fakt, że jachty nie mają takich systemów pogodowych
jak statki i nie są w stanie przewidzieć i wyminąć takiego Humberto, o
przeżyciu spotkania z nim nie wspomnę. Już zdecydowanie lepiej Śródziemne
całe opłynąć. No, bo teraz wyobraźcie sobie, że znajdujecie się w samym
sercu Polski. a w całej Polsce nie ma nikogo i niczego. Tak właśnie jest na
Oceanie. Co prawda podobno statków dookoła jest pełno, tylko radary są
ustawione na tak mały zakres, że nic nie widać ale jak okiem sięgnąć pusto,
nic. Straszna myśl? Nie, wbrew pozorom nie. Póki wszystko działa
oczywiście:P. No ale nie dramatyzujmy za bardzo, chociaż w nocy jak wyszłam
na skrzydło mostka, to było to ciut przerażające i pomijając ciepło, to
szybko wracałam do środka, tam przynajmniej w miarę już wszystko znajome, a
nieprzenikniona ciemność na zewnątrz, to tak jakoś strasznie. Ale ile
gwiazd. Nigdy w życiu nie widziałam tylu gwiazd. Normalnie lepiej niż
stokrotek pod blokiem na wiosnę. Peeeeełno gwiazdek, gwiazdeczek, całych
konstelacji. Wszystko jak na dłoni, bo nie rozpraszają niczego światła
miast, w ogóle żadne światła tego nie rozpraszają, bo statek w nocy ma tylko
światła nawigacyjne włączone i nic poza tym. Ale gwiazdy. takie tylko
pośrodku wielkiego niczego;).

Od tego ciągłego hałasu i wibracji jest jeszcze jeden skutek uboczny.
permanentne zmęczenie. Dosłownie. Nie ważne ile czasu śpisz, odpoczywasz,
cokolwiek nie robisz to i tak wszystko huczy i wibruje, a permanentny hałas,
skutkuje permanentnym zmęczeniem albo permanentnym bólem głowy. Do wyboru do
koloru. I nawet przez sen człowiek walczy z siłą odśrodkową podczas
przechyłu, więc tak naprawdę ciężko faktycznie w spokoju przejść wszystkie
fazy snu, więc nie ma możliwości, żeby człowiek w pełni odpoczął. Ale w
normalnym trybie pracy i tak jak idziesz spać to padasz na twarz, więc Ci
wszystko jedno, tyle że i tak człowiek śpi na stand by. W morzu buja i
wibruje, a w porcie nie ma kiedy się porządnie wyspać, bo pracujesz 6 godzin
na 6. Można się wykończyć. Kolejny argument za tym, że to nie jest praca dla
kobiet. Mi by się chyba takie wyniszczanie nie podobało. Ja mogę spać do
oporu, a i tak permanentnie mnie głowa boli, a faszerować się tabletkami nie
ma sensu, bo to i tak nie mija.

A tak z prozy życia na statku.

Jaki to statek każdy widzi na zdjęciach. Życie toczy się w nadbudówce (ten
biały blok z okienkami:P), mniej więcej gdzieś w środku na wysokości burty
po obu stronach jest wejście do tego bloku (w razie nieznajomości
podstawowego słownictwa zalecam skorzystać z pomocy Wujka Google, a może
nawet Ciotki Wikipedii:P). W końcu jak to w blokach bywa, zazwyczaj są
wejścia po obu stronach:P. Między tymi wejściami jest prosty korytarz na
cała szerokość statku od jednego wejścia do drugiego. Tam są pomieszczenia,
często służące różnym celom:P. Wejście w dół do serca statku czyli do
maszyny (mniej więcej całość pod nadbudówką, bo pod pokładem gdzie są dźwigi
tam są ładownie). No i wejście na wyższe pokłady, już jak by do części
"prywatnej" statku. W połowie korytarza między wejściami do bloku znajduje
się wejście na klatkę schodową. Poziom pierwszy to biura chiefów (z pokładu
i z maszyny), mesa oficerska, a przy niej już wcześniej wspomniany TV Room
(tam gdzie pierwszego dnia siedzieliśmy z rzeczami, póki poprzednik Mariusza
nie zwinął się ze swoimi rzeczami z kabiny) oraz mesa załogi z pokojem.
zabaw? Może pokój gier będzie brzmieć lepiej:P. W każdym razie tam stoi stół
do ping ponga (z resztą osobiście go kupowaliśmy niecały rok temu w
Decathlonie w Trójmieście:P) oraz rzutki. No i pomiędzy mesami jest kuchnia.
Jak łatwo się domyśleć, tu jadamy od 0730 do 0800 śniadania (na którym ani w
tym roku, ani rok temu w Gdyni nie byłam ani razu:P ale to wynika ze
specyficznych godzin pracy Mariusza, a że się do nich raczej dostosowuje, to
naszym śniadaniem jest zazwyczaj obiad, który podawany jest od 1130 do 1230.
No i kolacja (a w sumie to drugi obiad) podawany jest od 1730 do 1800.

Poziom drugi to poziom "CREW" (zgodnie z tym co głosi tabliczka:P), czyli
kabiny załogi, szpital, apteka (dosłownie zarówno jedno jak i drugie) i inne
tajemne pomieszczenia o mniejszym lub większym znaczeniu ale raczej głównie
kabiny.

Poziom trzeci to "OFFICERS" czyli kabiny oficerów, przynajmniej
głównie oficerów i części załogi. szczerze do końca nie wiem dokładnie kto
mieszka gdzie, bo ludzi spotyka się głównie w drzwiach, na klatce schodowej,
podczas jedzenia i tyle:P. Wiem gdzie mieszka Chief, bo rok temu często
przesiadywaliśmy z Mariuszem u Dimy (ówczesnego Chiefa) albo wiem też gdzie
mieszka Trzeci Oficer, bo jest to zaraz obok Chiefa:P. Ale zasadniczo na tym
moja wiedza się kończy, więc tu jak by to kogoś ciekawiło, to już Mariusz
musiał by się wykazać znajomością sąsiadów:P. Poziom Czwarty to biuro,
kabina i salon Kapitana i Chiefa z Maszyny (o hierarchii na statku to może
tez niech Mariusz opowie kiedyś:P).

No i ostatnie piętro to "BRIDGE", czyli
dosłownie mostek nawigacyjny, a tam centrum dowodzenia wszechświatem:P i
kontaktu ze światem. Gdzie ja się podziewam całymi dniami? Kabina, mostek
albo mesa, więc dość łatwo jest mnie znaleźć:P. Z resztą wiele więcej miejsc
do przesiadywania nie ma. Jak zrobi się chłodniej, a może bardziej
przyjemniej i w ogóle znośniej, to skrzydła na mostku, czyli takie balkoniki
po bokach.

Typowy dzień? Wstaje rano i w miarę żeby nie obudzić Mariusza wychodzę z
łóżka i coś sobie tam robię na kompie lub czytam książkę. Przed południem
idziemy albo i nie idziemy na obiad. Mariusz po czwartej nad ranem wraca "z
pracy" do kabiny i często (ostatnio prawie cały czas) śpi do 12 do oporu. I
tak temperatura i ciągłe zmiany czasu, więc jeść się za bardzo nie chce.
Więc jak o 12 Mariusz pójdzie na mostek to albo idę sama na obiad albo
idziemy dopiero jak skończy wachtę czyli po 16, a wcześniej albo się owoce
je albo jogurt albo płatki (kukurydziane albo musli do wyboru, po prostu
leżą w mesie jak kawa, herbata, czekolada). Po wachcie siedzi się do północy
i ogląda filmy czy cokolwiek innego, o północy Mariusz na wachtę, a ja albo
z nim albo idę spać. Często idę z nim piszę maile, notki na bloga (w ciągu
dnia Mariusz często siedzi służbowo na tym kompie gdzie jest "kontakt ze
światem" więc się nie da) i wracam do kabiny spać. Mariusz wraca po czwartej
i tak dzień za dniem. Wbrew pozorom czas płynie dość szybko.


Buziaki,
A.


Received: from MPD at Globe Wireless;
Thu, 12 Sep 2013 03:46 UTC
Message-id: 402259985

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz