24.11.2013
Wpół do pierwszej w nocy, dwadzieścia godzin drogi na północny wschód od
Archipelagu Azorów, około czterdziestu ośmu godzin od następnego portu -
Portland, w Kornwalii i zarazem w końcu spokojnego Morza. Dzień jak
codzień:)
Może nie będę próbował podsumować rejsu, może nawet nie podejmę się próby
opisania jak z mojej perspektywy wyglądało to, że Aga była na burcie - na
pewno było to pozytywne, trochę szkoda, że się skończyło, ale co istotne -
jestem w pracy, takiej do której naprawdę się przyzwyczaiłem i stała się dla
mnie normą i pewnym punktem odniesienia dla definicji "normalności", choć ta
sama praca dla Agi była czymś z pokroju "podróży życia".
Wydawać by się mogło, że stwierdzenie, iż statek, woda czy taki Ekwador dla
mnie to normalność, a to co w domu staje się powoli czymś nieco
niezrozumiałym, czymś co wymaga przyzwyczajenia jest nieco na wyrost, ale
przecież spędzam w pracy, choć w naprawdę skrajnie różnych miejscach
większość roku, a w domu jedynie krótkie, bardzo intensywne odcinki czasu.
Jak wygląda praca i życie tutaj? Myślę, że nawet Aga choć była blisko tego
wszystkiego nadal miałaby ogromny problem z opisaniem tego tak żeby stało
się to jasne i zrozumiałe dla kogoś kto nie pływa. Jedna, bardzo istotna
cecha tej pracy, której w podróży Agi chyba zabrakło to monotonia i
powtarzalność (wiem, jak w każdej pracy;P). Problemem jednak nie jest fakt,
że te nominalne 8 godzin dziennie jest z czasem takie, a pozostałe 12
również.
W przeciwieństwie do pracy na lądzie u nas można śmiało powiedzieć, że
spędzamy w niej dokładnie cały dzień. Jedyną odskocznią są kilkugodzinne
wypady na miasto w różnych częściach świata, ale tak naprawdę przez
większość czasu jesteśmy w pracy. Przy tym wszystkim takie życie w pracy
jest w pewnym sensie wygodne i proste - mamy zawsze podane jedzenie, nie
trzeba robić zakupów, myśleć o wydatkach, stać w korkach, spieszyć się
gdzieś do kogoś.. Poza samą pracą życie na statku jest naprawdę sprowadzone
do maksymalnej prostoty przez co jest również monotnne i gdy już nauczymy
się żyć z dala od domu, bliskich, internetu i facebooka (nie zdążyłem złapać
bakcyla - zacząłem pływać zanim stał się popularny i dzisiaj patrzę na niego
jak na nieco niezrozumiałe zjawisko socjologiczne:) okazuje się, że
niesamowicie łatwo się przyzwyczaić, natomiast w domu...
Mija kilka miesięcy, albo pracujemy, albo kabina i nagle podróż przez pół
świata, gwar i ogrom lotnisk, tłum, często wielogodzinne loty, następnie
powrót do domu, odwiedziny rodziny, znajomych, intensywne nadrabianie
rzeczywistości, w końcu wpadanie w tą codzienność. Dla Was może się to
wydawać spokojnym i czasem nudnym życiem codziennością - nie widzieliście
statku;) Czuje się, że wpadło się w jakiś wir codzienności, gdzie każdy się
spieszy i nikt nie ma czasu, a przy tym wszystkim większość pod wieczór,
zmęczona całym dniem i tak stwierdza, że nic przecież dzisiaj nie zrobiło...
Paradoks naszych czasów?
Morze daje perspektywę, daje ogromnie wiele lekcji, uczy pokory,
cierpliwości i świadomości, że żywioł i natura jest ponad nami w końcu
pozwala nam spojrzeć na tak wiele z dystansu, a jednocześnie daje czas i
miejsce żeby zrozumieć w spokoju to co zdołaliśmy zauważyć.
Pozdrowienia z Atlantyku,
M.
P.S. Obiecuję pisać dalej - następny temat: "Ile pracy jest w pracy czyli
historia o tym jak pracuje się 30 dni w miesiącu chyba, że ma 31 lub jest
luty"
Received: from MPD at Globe Wireless;
Sun, 24 Nov 2013 01:03 UTC
Message-id: 409262495
Pisz pisz, bo przyjemnie się czyta :) To fakt dla Agi to była podróż życia a dla Ciebie nic szczególnego, praca jak praca, odmiennością było to bo miałeś blisko swoją Kobiete :)
OdpowiedzUsuń