Z poprzedniej notki mojego Męża wynika, niestety niesłusznie, że niby lecimy znowu razem... No niestety nie. Ty razem muszę sobie przypomnieć jak to jest być żoną marynarza. A szczerze, to jeszcze trochę i ostatni cały rok od maja 2013 jesteśmy razem (z małą niespełna 2 tygodniową przerwą wtedy jak wróciłam sama z Ekwadoru... ale szczerze, to wtedy nawet nie miałam kiedy zauważyć, że Mariusza nie ma).
To trochę jak by zaczynać od nowa. Szczerze? Trochę mnie to przeraża. No bo jak często Marynarzej zdarza się roczna przerwa od "bycia osobno". Na krócej, mniej często ale nie, że wogóle.
Jutro o tym czasie pewnie będę w pracy uzyskiwać tytuł niezrownoważonej psychicznie ^^. W końcu nikt z moich współpracowników nie wie o dziwnym zawodzie mojego Męża.
W każdym razie kontynuujmy tego bloga, pod tym samym adresem (może nazwa niekoniecznie już aktualna ale to dalej taki nasz trip, tylko każdy ma swój nowy etap i tym razem trzeba działać w pojedynkę).
Buziaki,
A.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz