sobota, 19 kwietnia 2014

Roll-on Roll-off

Akurat to nie o bujaniu, a o samym statku. Udało mi się dostać się na coś innego niż chłodnie, w końcu spróbować czy faktycznie po drugiej stronie płotu trawa faktycznie jest bardziej zielona, a przy tym po drugiej stronie płotu nadal ten sam właściciel... Nieco pokrętnie napisane. Zmieniłem typ statków, firmę, linie, ale zarazem nadal wszystko odgrywa się w ramach jednej grupy firm. Wiele rzeczy pozostaje jednak wspólnych. 

Co oznacza w takim razie tytuł? Samochodowce to tak naprawdę statki Ro-Ro. Oznacza to ładunki, które wjeżdżają, wtaczają się i w taki sam sposób opuszczają statek w porcie docelowym. Głownie dotyczy to samochodów, ciężarówek, czyli wszystkiego co staje na kolach, ale również gąsienicach czy platformach kołowych. Tak jak promy kursujące miedzy Polska, a Skandynawia to również Ro-Ro (a gwoli ścisłości Pax-Ro, czyli statki pasażerko-samochodowe lub Con-Ro (kontenerowe)), tak samochodowce stricte dzieli się w zasadzie na dwie bardzo podobne podgrupy - PCC i PCTC. Te pierwsze to Pure Car Carriers czyli statki do przewozu typowych samochodów (jak mnie pamięć nie myli samochód rozumiemy tutaj jako standard R34 (?) czyli pewne wymiary) oraz te drugie Pure Car and Trucks Carriers czyli statek, na którym właśnie się znajduje. Służy on oprócz transportu samochodów również do przewozu ciężarówek. W praktyce różnica może dotyczyć rampy, a prawie zawsze wysokości pokładów czy możliwości opuszczania/podnoszenia w zależności od stosunku przewożonych aut do ilości ciężarówek. 

Statek, na którym się znajduje nie jest może jakiś wybitnie wielki, ale nawet w porównaniu do typowego chłodniowca daje się odczuć różnicę. Jest o niemal polowe szerszy (10m więcej) i dodatkowo 20-kilka metrów dłuższy. Rzecz jasna, ze względu na 10 pokładów samochodowych również wyższy, choć muszę przyznać, ze tak jak w porcie ta różnicę widać, bo z okna widać tylko dachy budynków, tak w morzu już ta różnica się zaciera. 
Wrażenie robi zwłaszcza przestrzeń w środku, na najwyższych pokładach. Ogromna, wielopoziomowa hala z rampami wjazdowymi na wyższe i niższe pokłady, a nawet sama rampa o unosie 100 ton i wysięgu ponad 34m. Pierwsze wachty spędzałem na chodzeniu wzdłuż i wszerz, żeby zrozumieć i zapamiętać którędy przechodzić na jakie deki, gdzie są klatki schodowe, gdzie winda, gdzie przechodzi się do stacji manewrowych czy w końcu gdzie są wyjścia ewakuacyjne. Wbrew pozorom nie jest to takie proste do ogarnięcia, a trzeba było się śpieszyć, bo im bardziej statek był załadowany, a ładunek mocowany tym trudniej się było tam poruszać i trzeba skakać przez i po samochodach żeby przedostać się dalej. 
Co wieziemy i gdzie? 
W znaczniej mierze są to używane samochody, busy, terenówki i inne cudaki, włącznie z używkami z Polski (ktoś reflektuje na tablice rejestracyjne?:P). Do tego standardowe ciągniki siodłowe, naczepy, wywrotki, koparki, ładowarki, autobusy, maszyny górnicze i nawet jakiś jacht na naczepie. Często popakowane jedno na drugie. Na wywrotkę wrzucają druga, do tego dosuwają osobówkę i tak to jedzie. Prawie każde auto czy ciężarówka jest wyładowana po brzegi rożnymi rzeczami, ponoć często są to "paczki" od emigracji dla pozostałych w Afryce członków rodzin. Czasem zdarzają się jakieś ciekawostki, ale głownie to nic nie warte bzdety, ciuchy, urządzenia, meble, lodówki, telewizory i nie do końca rozumiem dlaczego w takiej ilości - materace (takie na łóżko). Setki :P 

Załadowaliśmy te cale złomowisko w Antwerpii w Belgii i wieziemy to kolejno do Konakry w Gwinei, Lome w Togo, Bata w Gwinei Równikowej i na koniec do Douali w Kamerunie. Do Baty idzie najwięcej nowego sprzętu, głównie maszyn budowlanych, ale tez kilkadziesiąt nowych toyot land cruiser i kilka potężnych, białych ciężarówek z czerwonymi krzyżami Komitetu Genewskiego. 
No dobrze, ale wróćmy na początek. 

Ostatnia moja notka to bodajże Bruksela. Czekałem, czekałem i się doczekać nie mogłem... samolot kapitana jeszcze spóźnił się dobra godzinę, a ostatecznie statek czekał jeszcze dłużej, wiec zdążyliśmy zahaczyć o hotel. Złożyło się to całkiem fajnie, bo hotel, który sam był raczej bardzo biedny i jakiś taki mało zachodni (a to Belgia niby i trzy gwiazdki...) tak jego jedynymi plusami było to, ze miał internet, przechowalnie bagażu i znajdował się jakieś 20m od głównego dworca kolejowego i 100m od ścisłego centrum miasta. Miałem dobre dwie godziny, wiec skorzystałem z okazji, wziąłem aparat i poszedłem szukać wspomnianej przez Age karty Lyca Mobile. Potrzebowałem "lokalnej" kupionej w Belgii żeby móc rozmawiać za darmo i po 10 minutach trafiłem w kiosku, choć chwile później znalazłem sklep Lyca Mobile... Ale kartę już miałem, wiec główny cel zaliczony. Z telefonem przy uchu poszedłem zobaczyć co to za zoo w centru miasta i co tam maja za zwierzaczki. Trochę mało czasu, żeby zwiedzać, ale zoo było. Dworzec to już z kolei chyba obowiązkowy i moim zdaniem zasłużenie punkt wycieczek, bo jest ogromny. Hala jest potężna, sam budynek wygląda jak jakiś pałac i robi naprawdę pozytywne wrażenie... I przynajmniej tam nie wiało:P 

Potem szybka i ponownie dość mierna jak na trzy gwiazdki kolacja i w drogę. Podobnie jak w Danii czy w Norwegii niemal wszystkie taksówki to wyłącznie mercedesy klasy E, wiec takim właśnie pojechaliśmy wpierw na policje, żeby odprawić Kapitana (ku jego początkowemu zdziwieniu ja się odprawiać nie musiałem) i potem już do portu. Utarłem sobie taka małą tradycje wyczekiwania na pierwsze zobaczenie statku. Zawsze szukam gdzie prześwituje miedzy terminalami czy dźwigami aż w końcu go zobaczę. Bardziej z niepewnością i obawa niż z syndromem "czekania na gwiazdkę", ale jakoś zawsze ten moment pamiętam. Co innego na chłodniowcach, gdzie ostatnio ciągle trafiałem na dobrze już znane statki, albo chociaż klasę, która znam tak tutaj była to wielka nie wiadoma, bo na żywo statek widziałem raz, kilka lat temu na kotwicy w Gibraltarze. Pierwsze co zobaczyłem jak stanęliśmy pod nim to fakt, że jest ogromny. To wrażenie z czasem nieco ustąpiło, ale początkowo musiałem mieć niezłe "wow" na twarzy:) Ta wielkość również potwierdzał fakt, ze wgramolenie się z bagażami po trapie było nieco większym wyzwaniem, bo ten trap jakby nieco wyżej niż zwykle;) Rampa jeszcze nie była rozłożona, bo statek ledwo zacumował. A tak to byśmy grzecznie wjechali taksówka pod windę i byli na "dachu". Na szczęście trap okazał się być na tym samym poziomie co winda;) 

Następne półtorej doby to próba ogarnięcia tak szybko i tak dużo jak jestem w stanie. Trochę utrudniał to fakt, ze ciągle gubiłem się na pokładach, niezmiennie bez przerwy coś chciało mnie rozjechać (już wiem po co mi seledynowa, odblaskowa kurtka:P) i do tego trochę czasu zajęło zanim się na dobre znalazłem. Mostek to już bliżej "swojego", bo część sprzętu taka sama, a całość bardzo logicznie i dość nowocześnie zaplanowana. Sama nawigacja jest o wiele wygodniejsza i przyjemniejsza i nie przysparza większych problemów. Zawsze utrudnia to fakt, ze jako drugi oficer jestem odpowiedzialny za działanie sprzętu, testy, ale tez za wbicie trasy do GPS'a, mapy elektronicznej czy inne ustawiania, a skoro sprzęt widzę od 5 minut to czasem ciężko po kolejnych 5 minutach ogarniać to wszystko z biegłością.

Dzisiaj leci już 6 dzień i wydaje się, ze najbliższe kilka dni będzie już spokojniejsze. Sprawdzam cały sprzęt, szpital, wyposażenie, inwentaryzuje. Taka rola zawsze na początku. Jak się to sprawdzi na początku to do końca kontraktu przynajmniej wiem co mam i co działa jak powinno. 

Dużym plusem wsiadania w Europie jest tez brak lub niewielka różnica czasu pomiędzy krajami. Na pewno pomaga to przywyknąć szybciej do wachtowego systemu pracy. W końcu po 5 miesiącach nie tak szybko da się przestawić na wstawanie o 2400... 
Pozdrowienia. 

Lata jeszcze nie widzę... ale to Biskaj, tutaj go chyba nie widziano już dawno:) 

Received: from MPD at Globe Wireless; 
Sat, 19 Apr 2014 19:24 UTC 
Message-id: 144566203

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz